Skip links

A miała być taka leniwa niedziela.

Wszyscy wiemy mniej więcej jaka jest większość polskich szkół. Na szczęście zdarzają się wyjątki…

A miała być taka leniwa niedziela.

– W tej szkole nie ma ławek dla dzieci ani biurka dla nauczyciela!

Zdanie, które wywołało burzę na rodzinnym obiedzie u teściów. A miała być taka leniwa niedziela. Słońce za oknem, pachnący rosół na stole i kotlety skwierczące na patelni. Przy stole cała rodzina mojego męża – Roberta. Ośmioro dorosłych i piątka młodych wśród nich nasz 6 letni Jasiu.

Początek września, więc dominował temat szkoły. Spokojna rozmowa skończyła się kiedy padło pytanie:

– Monika co to za szkoła do której posłaliście Jasia?

– Zupełnie inna niż wszystkie – Chrześcijańska Szkoła Montessorii – odparłam.

– Słyszałem że ta szkoła jest jakaś dziwna – wtrącił teść i spojrzał na mnie i Roberta inaczej niż zwykle.

– Jest inna – nie ma zwykłego podziału na klasy, dzieci są łączone w grupy. Młodszą z uczniami w wieku 6-8 lat i starszą 9-11 lat – powiedziałam.

– To jak wyglądają tam lekcje, przecież 8 latki nie mogą uczyć się tego samego co 6 latki – teść postanowił nie odpuszczać.

– Każde dziecko uczy się czegoś innego. Zajęcia trwają dłużej niż 45 minut– wtrącił Robert.

-Dłużej?! Przecież one nie wysiedzą tyle w ławkach! Jaś jest jeszcze mały! – teść aż uniósł się na krześle.

– Nie muszą, bo tam nie ma ławek – roześmiałam się, ale zauważyłam że obojgu teściom nie było do śmiechu. Babcia Jasia zagryzała usta, a jej mąż zaczął nerwowo stukać palcami w stół.

– To gdzie oni siedzą – zapytał?

– Na podłodze – w szkole Montessorii nie ma ławek dla dzieci ani biurka dla nauczyciela – kiedy to powiedziałam przy stole zapadła cisza. Teść wstał od stołu przeszedł gwałtownie do kuchni, zawrócił i stanął przy krześle. Ręce mu drżały. Wbił się we mnie wzrokiem i powiedział:

– Jak można wysłać dziecko do takiej szkoły? Co wy sobie myśleliście wybierając właśnie taką?

Wzięłam głęboki wdech.

– Myśleliśmy i dalej myślimy, że to najlepsza szkoła do jakiej mógł trafić. Szkoła, która rozwija ciekawość. Pokażemy wam czego Jaś nauczył się przez dwa tygodnie – odpowiedziałam i zawołałam syna.

Jasiek stanął pośrodku salonu, wyciągnął teczkę, w której miał zebrane prace, które stworzył w szkole i referował jak na warsztatach.

– Tu jest pokazana przyroda ożywiona i nieożywiona. Tu jest drzewo, tu listek.Mówił i pokazywał gryzmoły, na których niewiele było widać ale on wiedział co mówi. I tych materiałów było mnóstwo. A on mówił i mówił, najpierw o liczbach i o geografii, o zwierzętach. Widać było holistyczne podejście do nauki. Opowiedział o wielkiej lekcji biblijnej, na której poznają świat poprzez Księgę Stworzenia i na której dowiadują się, że cały świat, który stworzył Bóg jest ze sobą połączony.

Kiedy skończył, spojrzałam na Kasię – siostrę Roberta która uczy dzieci w klasach 1-3 w państwowej szkole. Siedziała w wpatrzona z niedowierzaniem w Jasia.

– Co powiesz Kasiu? – spytałam.

– Niesamowite! I to wszystko w dwa tygodnie!

Dziadek siedział zaskoczony, że w 15 minut Jasiek opowiedział o tak wielu rzeczach i że w dwa tygodnie tyle się nauczył. Wszyscy byli zachwyceni ilością wiedzy, poziomem i że nauczył się tego tak łatwo, przy okazji, w czasie zabawy. Kiedy wszyscy siedzieli oszołomieni dodałam:

– Moja szkoła nie była zła, ale myślę sobie, że gdybym chodziła do Montessori to byłabym kimś innym. Moje talenty mogłabym rozwijać od razu a nie czekać, aż w liceum, czy na studiach wybiorę sobie jakiś wątek.

Ta szkoła nie przeszkadza dzieciom być sobą, a wręcz im to umożliwia. W tradycyjnej szkole uczysz się dlatego, że masz stopnie a tu uczysz się bo jesteś ciekawy.

Jeśli chcesz więcej o szkole:

http://www.montessori.gda.pl/

Jeśli chcesz dostawać regularnie informacje, zapisz się do newslettera.

Błąd: Brak formularza kontaktowego.

Return to top of page